sobota, 2 lutego 2013

Damashii.

     Witam. Jak obiecałam dziś dodaję opowiadanie ;3. Takie pierwsze wypociny, które będą<bo dopiero napiszę> kompletnie bez sensu ^ ^. W każdym razie tytuł to "Damashii"-duch/dusza. A teraz pozwólcie, że spróbuje pobudzić jakąkolwiek wenę twórczą..


                                           Damashii cz. 1

  *Dryyyyyń* *dryyyń*-budzik Yuki nie dawał jej spokoju...-umm... głupi dzwonek. To dzisiaj, tak to niestety już dzisiaj... Chciałabym mieć to już za sobą. Czemu to wtedy musiało się wydarzyć? Czemu nie mógł się jak zwykle spóźnić? Hikaru... Tak bardzo za tobą tęsknię.- Słona łza spłynęła jej po bladym policzku. W końcu musiała iść na pogrzeb swojego ukochanego. Zaledwie tydzień temu jeszcze byli szczęśliwą parą...
                                                          7 dni wcześniej, godzina 14:24
Yu szła do restauracji, w której się umówiła. Była pewna, że znowu będzie długo sama czekać, bo on zawsze się spóźniał. Stwierdziła, że nie ma sensu czekać w tłocznym miejscu w samym środku lata, wyszła się przewietrzyć. Spacerowała tak wzdłuż wiśniowej alei, pomiędzy różnymi drzewami. 20 minut później zaczęła wracać. Po drugiej stronie ulicy zobaczyła Hikaru chodzącego w tą i  z powrotem, miał jakąś zdenerwowaną i zmartwioną minę. Rudowłosa zwróciła jego uwagę na siebie. Chłopiec nawet się nie obejrzał i już zaczął biec poprzez ruchliwą drogę...-Hikaru, uważaj! NIE!!!- ostatnie co widział to zapłakana twarz dziewczyny i światła pędzącej ciężarówki.
Bohaterka wpadła w histerię, nie wiedziała co robić, upadłą na kolana i wołała pomoc, ale nikt się nie zainteresował, samochód zatrzymał się, ale już po wszystkim, gdy ciało nastolatka  było podzielone na kilka części.
 Po chwili karetka i policja były już w drodze. Ciało zmarłego zostało przewiezione do kostnicy, a Yuki wraz z kierowcą zawieziona na komisariat, podano jej leki uspokajające.
Przesłuchanie trwało półtorej godziny. Gdy wszyscy dowiedzieli się co się stało, niebieskooka została "tą najgorszą", wyzywali ją, mówili, że to jej wina, aż w końcu ona sama tak zaczęła myśleć...

                                                               Obecnie, godzina 7:31
 
-Czyli muszę stawić czoła rzeczywistości, wrócić i przyjąć ich docinki.. Nie mogę przecież tam nie pójść, oby tylko wszystko szybko poszło i pozwolili mi się z nim pożegnać-wreszcie wstała z łóżka i zaczęła się ubierać. Włożyła  swoje czarne botki, granatowe jeansy, szary top i czarną marynarkę z wywijanymi rękawkami. Nie miała ochoty zjeść śniadania, pewnie by zwymiotowała.
 Niecałą godzinę później była już na miejscu, za chwilę miał się odbyć pochówek.
W kościele gdy podeszła do ciała, złapała za rękę, a kolejne łzy zaczęły płynąć po policzkach i rozmazywać tusz, a potem kapały sobie na podłogę usłyszała głos...

2 komentarze: